Interaktywnie.com - codzienne źródło inspiracji dla emarketera

  1.  
    Napisal: 2008-10-01
    • #1
    Stara już historia eBay i dwóch rożnych wyroków sadowych (na korzyść i nie korzyść) w sprawie utrzymywania w serwisie produktów, będących podróbką znanych firm; które to podróbki zostały wprowadzone przez użytkowników eBaya dała mi ostatnio taką refleksję i analogię, może zbyt daleko idącą?;)

    Kiedy firma rejestruje swoją działalność, w odpowiednim dla niej urzędzie, składa wszelkie deklaracje itp?a następnie prowadzi działalność ? usługową czy inną?
    To firma ponosi konsekwencje prowadzenia tej działalności, w sytuacji gdy owa działalność mija się z prawem, prawda? Nie urząd, który wydał zgodę na działanie firmy (bo był przekonany o jej dobrej wierze), ani nie gmina, na której firma działa?

    Ta oczywista oczywistość jakoś nie może przebić się w świat Internetu, a bardziej w kierunku prawa internetowego. Bo przecież eBay, czy jakakolwiek inna platforma dająca możliwość prowadzenia ?działalności? dla usera ? sprzedawania produktów, publikacji treści, multimediów, prowadzenia dyskusji na forum itp. działa jakby na podobnej zasadzie, jak urząd udzielający zgody na działalność firmy?.

    Przed rejestracją w serwisie aukcyjnym czy innym społecznościowym trzeba przejść przez akceptację regulaminu, który zwykle zwraca uwagę na treści/produkty niewskazane.

    Dlaczego zatem provider dostarczający hosting i technologię jest na gorszej pozycji?

    Wg mnie wystarczyłoby mocniej podkreślić kwestie odpowiedzialności poszczególnego usera za treść, którą zamieszcza, niż zakładanie kajdanek na ręce providerów dostarczających technologię.
    Czy za bardzo liberalne mam do tego podejście? ;)
  2.  
    Napisal: 2008-10-01
    • #2
    to akurat proste jest, na tym opiera się cały spór Viacom - YouTube. Oczywiście masz rację twierdząc, że wydawca (usługodawca) nie ponosi odpowiedzialności, jednak do chwili w której poweźmie informację o tym, że na jego stronach jest coś co narusza prawo, wtedy staje się współwinnym. I to właśnie próbuje wykazać przed sądem Viacom: chce dostać dane użytkowników, którzy oglądali zakwestionowane klipy, aby sprawdzić, czy wśród nich byli pracownicy YouTube - jeśli tak (a na pewno tak:) to YouTube jest mówiąc kolokwialnie "ugotowany" - bo nie może się tłumaczyć "że nie wiedział" i że "usunął zaraz jak się dowiedział"
  3.  
    Napisal: 2008-10-28
    • #3
    Bardzo trafna analogia :)
 

Ostatnie komentarze

Wszystkie

Webskie strony

Wszystkie

Wywiady

Wszystkie